8th World Traditional Archery Festival

Piotr Gonet – słowo na początek.

W październiku 2014 roku miałem przyjemność reprezentować nasz kraj podczas światowego festiwalu łucznictwa jako przedstawiciel Polskiego Stowarzyszenia Łucznictwa Tradycyjnego.

Światowy Festiwal Łucznictwa w Korei to bardzo niecodziennie i ciekawe wydarzenie. Wszystkich bywalców turniejów muszę od razu rozczarować – nie będzie to kolejna opowieść z cyklu kto wygrał czy jakie były konkurencje. Te rzeczy w Korei zupełnie nie mają znaczenia.

 

Zaproszenie

Otrzymałem bilet na ten wyjazd zupełnie przypadkiem. Okazało się, że nasze Stowarzyszenie ma możliwość wysłania jednej osoby na WTAF i dosłownie w ostatniej okazało się, że inaczej niż co roku tym razem organizatorzy pokrywają koszty biletu w obie strony. W jednej chwili zdecydowałem się polecieć. Co za okazja!

 

Wyjazd do Korei zwykle był poza moim zasięgiem finansowym (loty do Korei nie są tanie), dlatego decyzja zapadła właściwie jednego wieczoru. Wysłałem zgodnie z procedurą zdjęcie paszportu do naszej Prezes (nie musiałem wykazywać na szczęście znajomości angielskiego ;), wymagane przez organizatorów zdjęcia mnie jak strzelam i uzbroiłem się w cierpliwość.

 

Po 3 dniach otrzymałem wiadomość, że lecę. Tutaj się troszkę zmartwiłem, bowiem nauczony doświadczeniem wiedziałem, że mimo tego, że bilet oraz pobyt są sponsorowane, to mimo wszystko wyjazd taki pociąga za sobą wydatki. Nie planowałem tego w końcu od dawna, tylko pojechałem z dnia na dzień. Każdemu, komu się wydaje że to takie święto, od razu muszę wylać kubeł zimnej wody na głowę:) Myślę że warto o tym aspekcie parę słów napisać.

Odpowiedzialność

 Przede wszystkim wyjazdy Stowarzyszeniowe na zaproszenia za granicę to są misje dyplomatyczne, tak myślę można śmiało powiedzieć. Jadąc tam nie reprezentujemy tylko siebie, ale nas wszystkich. Od naszych czynów, akcji i zachowań zależą w pewnej mierze takżę przyszłe wyjazdy kolejnych osób. Dlatego od uczestników takich wyjazdów oczekuje się dobrej prezencji, umiejętności zachowania się wobec gospodarzy, napisania wyczerpującej relacji oraz (o ile się uda) dobrego wyniku na zawodach. Tym samym taki wyjazd pociąga za sobą wydatki: wypada dobrze wyglądać, bezpiecznie przewieźć sprzęt, bo jakoś to wszystko trzeba zabrać – łuk, strój historyczny, strzały plus „normalny” bagaż. Ja kupiłem pokrowiec na wędki 🙂 Na miejscu trzeba prowadzić też jakieś socjalne życie po godzinach, bo aby poznać się lepiej potrzebne jest przynajmniej miejscowe piwo ryżowe (paskudne). Czasem też trzeba, naprawdę trzeba. – wierzcie mi – zjeść coś innego niż to co jest serwowane przez lokalnych kucharzy.

 Plan

Będąc na miejscu, szkoda też nie skorzystać z okazji by coś zobaczyć. Ja zdecydowałem się na pobyt w Seulu po zakończeniu festiwalu z nadzieją na wstąpienie do kilku muzeów oraz o ile szczęście pozwoli, jakiegoś tradycyjnego klubu łuczniczego. Na szczęście organizatorzy pozwolili mi dowolnie ustalić daty lotów. Miałem nadzieję że na festiwalu poznam kogoś i uda mi się przynajmniej odwiedzić jakiś lokalny klub. To zadanie wykonałem lepiej niż dobrze ale o tym później.

Aby przywieźć coś więcej niż zdjęcia zdecydowałem się także na zakup kamery. Stowarzyszeniu brakuje materiałów i filmów, ciekawych reportaży i postanowiłem, że czas to zmienić. Jak to mówią – jeśli chcesz zmian, zacznij od siebie:) Z wyjazdu przywiozłem kilka godzin nagrań które mam nadzieję kiedyś opublikować, teraz musicie się zadowolić relacją słowną.

Myślę że każdy kto serio myśli o wyjazdach w ramach Stowarzyszenia musi zaakceptować taki charakter tych wydarzeń – jesteśmy tam po to, by coś przywieźć z powrotem, by dzielić się doświadczeniem i dzięki szerszej perspektywie skutecznie rozwijać łucznictwo tradycyjne w Polsce.

 Korea

 Korea to nowoczesny, cywilizowany i wysoko rozwinięty kraj. Ludzie są pomocni, otwarci i bardzo kulturalni. Myślę, że w tej dziedzinie – kontaktów codziennych – moglibyśmy się wiele od nich nauczyć. Przejawy serdeczności, pomocy zagubionemu turyście (takiemu jak ja ) czy szacunku widać na każdym kroku. Obowiązkowy ukłon. Pełna etykieta. Drogie samochody ale też i ofiary przemian ustrojowych (dużo bezdomnych widocznych w centrum miasta). Bardzo pracowity naród, mocno dotknięty przez historię. W latach wojny koreańskiej stracili 3 miliony ludzi i ponad 30 procent infrastruktury. W ciągłej gotowości do odparcia ataku z północy. 600 tysięcy żołnierzy pod bronią.

W parkach natomiast życie toczy się normalnie, Koreańczycy są odprężeni, dzieci radośnie się bawią, miasto żyje jak gdyby nigdy nic. Wystarczy jednak zejść do metra i spojrzeć na wszechobecne szafki. Z maskami gazowymi, kombinezonami przeciwchemicznymi, racjami wody i żywności. Tutaj zdajemy sobie sprawę z tragedii tego narodu. Rozdzieleni przez granicę, rozerwani bratobójczym konfliktem, czekający na lepsze czasy.

 WTAF

 WTAF to wydarzenie bez precedensu. Aby zrozumieć jaka tam panuje atmosfera, trzeba postarać się zrozumieć bogatą historię łucznictwa w tym kraju. Tutajpanuje żywa kultura, w której ciągłość umiejętności posługiwania się łukiem (na sposób tradycyjny) nigdy nie została przerwana. Jest to na tyle ciekawy i obszerny temat. że zainteresowanych ich łucznictwem odsyłam do lektury zasobów internetu.

Obecnie Korea to także główny gracz na arenie sportowych zmagań łuczniczych. Zawodnicy i trenerzy w łucznictwie olimpijskim wywodzący się z tego kraju to ścisła czołówka.

Tutaj tylko nadmienię, że w Korei jest ponad 300 tradycyjnych klubów łuczniczych oraz ponad 30000 łuczników tradycyjnych. WTAF nie bez powodu powstał właśnie tutaj. W kraju który dba o swoją kulturę łuczniczą dużo łatwiej jest o środki pozwalające na stworzenie wielkiego festiwalu. Dobry hotel, bilety lotnicze, wynajęcie stadionu – te rzeczy kosztują.

World Traditional Archery Federation ma ambicje aby zostać światową organizacją zrzeszającą łuczników z całego świata. W tym roku WTAF gościł przedstawicieli 35 państw. Osobiście dla mnie najciekawsze było zobaczyć łuczników z Bhutanu czy Nepalu – pełen koloryt i tradycyjny sprzęt łuczniczy robił na mnie wrażenie. Bardzo piękne strzały przywieźli amerykanie (Jack Farell i jego wesoła kompania z Teksasu). Byli też bardzo sympatyczni Rosjanie spod Moskwy ze śliczną

kolekcją malowanych strzał. Jak zawsze niezapomniane spotkanie z Bede Dwyer’em, fascynatem, badaczem i świetnym znawcą azjatyckiego łucznictwa. Stare znajome z Mongolii śpiewające po każdym trafieniu na niemożliwą odległość 70 m w te tradycyjne stepowe kubełki, wyplatane z jelit…. Można wymieniać i wymieniać. Było kolorowo, międzynarodowo, fantastycznie.

Najciekawsze jak zawsze działo się po godzinach „urzędowych” . Rozmowy w kuluarach, czyli najczęściej na podłodze korytarza, gdzie było jedyne wifi w okolicy, łączyły nas w jedną łuczniczą wesołą gromadę. Wifi pozwalało wejrzeć w świat łucznictwa dzięki magii Facebooka. Nocny sklep w piwnicy hotelu też przyczynił się do naszej wzmagającej się wieczorami aktywności. Można było porozmawiać o tym, co każdy z nas robi w swoim kraju lub posłuchać pasjonującego wykładu o łukach w starożytnej Grecji. Słowem – nocny chaos z którego wyłania się obraz żyjącej, rozwijającej się kultury łuczniczej.

Na WTAF pojawiają się bardzo ciekawi ludzie, można dowiedzieć się mnóstwa nowych pomysłów i jest to okazja do poznania innego świata. Dopiero kiedy o problemach i nadziejach związanych z łucznictwem lokalnie opowie po kolei ktoś z Tuvy, potem Peru, Francji, Tanzanii, Singapuru i Bhutanu zdajemy sobie sprawę z niezwykłej kulturowej roli jaką pełni łuk w historii świata i jaką wspaniałą platformą do porozumienia się jest ta wspólna pasja.

 Turniej

Sam turniej był nieciekawy z punktu widzenia sportowego. 6 konkurencji na odległościach od 10 do 90 m, o takiej samej punktacji 3,2,1 i po 5 strzał w serii. Razem 31 strzał (bo 6 było na zwierzakach). Wyraźnie widać, że turniej ten jest tylko dodatkiem do całości. Niemniej ta formuła (namioty, jedzenie dla uczestników, woda kawa i herbata) pozwalał nam całymi dniami nic nie robić tylko odwiedzać się, rozmawiać, robić zdjęcia sprzętu i słuchać historii z innych krajów.

Swój indywidualny turniej strzeliłem już pierwszego dnia w całości. Ponieważ drużyny narodowej nie miałem, startowaliśmy ciekawą zbieraniną indywiduów w turnieju drużynowym, niestety też bez powodzenia.

Przebieg turnieju jest najwyraźniej efektem wpływu kultury Koreańskiej. W zawodach na szczeblu ogólnopaństwowym (ichniejsze Mistrzostwa Korei) bierze udział ponad 700 uczestników. Strzelają w całych zawodach jedynie po 15 strzał! Wygrywa ten, który najwcześniej w serii trafił, a jeśli ilość trafień jest taka sama, wygrywa … najstarszy łucznik. Tak to wygląda w tradycji tego kraju.

WTAF trwa 6 dni. W trakcie festiwalu 2 dni są przeznaczone na turniej indywidualny, jeden na turniej drużynowy, dodatkowo jeden dzień jest na strzelanie flight oraz clout, po którym odbywa się seminarium łucznicze.

W turnieju flight były dwie kategorie – łuki do 50# oraz powyżej 50#.

Turniej Clout nie odbył się z braku czasu 🙂 Jak widać nie wszystko zawsze się udaje nie tylko nam.

 Seminarium

Seminarium, które miało w założeniu dawać każdemu z prelegentów 15 min zostało skrócone do 10 minut, wielu było zawiedzionych i rozczarowanych. Szczególnie jeden kolega z Grecji, który nie strzelał, tylko przyjechał z odczytem, był mocno rozczarowany. Wyobraźcie sobie – 6 dni czekał w hotelu by mówić 10 minut do zmęczonego po całym dniu audytorium. Swoją drogą wykład ciekawy, o łucznictwie w antycznej Grecji, analiza taktyki łuczników na polu walki na podstawie istniejących przekazów. Dobre, ale organizatorzy zapomnieli o tym, że nie jesteśmy oddziałem Leonidasa i po 12 godzinach na stadionie mamy naprawdę dość 🙂

Sprawy inne nie mniej ważne

 Ze spraw, które udało się poruszyć dla naszego Stowarzyszenia oraz rozwoju łucznictwa kilka jest dość istotnych. Przede wszystkim Francuzi zapraszają na inscenizację bitwy pod Agincourt (okrągła rocznica ) – rzecz przygotowywaną od 10 lat, ma być ponad 2000 osób w strojach i będzie to największe wydarzenie przyszłego roku. Strój z epoki i łuk obowiązkowe. Byli tez zainteresowani przyjazdem do nas na Mistrzostwa. Po obejrzeniu salwy płonących strzał było więcej chętnych : Rosjanie, Włosi, Bułgarzy, Węgrzy, Austriacy.

Podczas turnieju Sekretarz WTAF prosił wszystkich uczestników po kolei do swojego namiotu, w którym w przyjacielskiej atmosferze rozmawialiśmy o rozwoju łucznictwa w poszczególnych krajach. Był ciekaw tego, co dzieje się u nas i wyraził swoje ubolewanie nad faktem, że Polska była tak długo na festiwalu nieobecna. Zapewniłem go o naszej chęci uczestnictwa w festiwalu i zapowiedziałem dalsze wizyty naszych przedstawicieli w kolejnych latach. Był bardzo mile zaskoczony kiedy opowiedziałem mu o naszym Stowarzyszeniu, naszych działaniach, wzrastającej liczbie łuczników tradycyjnych i wzroście zainteresowania łucznictwem w naszym kraju.

Otrzymał on ode mnie także 3 strzały z Fabryki Strzał w kolorach flag koreańskiej i polskiej na znak przyjaźni.

WTAF zakończył się wspaniałą ucztą. Do tego czasu jedzenie nie było najlepsze, kuchnia koreańska lubuje się w smakach kwaśnych, a jeśli wyobrazimy sobie zimne, kiszone glony to mamy myślę pełen obraz tego co spotykało nas i nasze nieszczęsne brzuchy codziennie. Natomiast uczta i pożegnanie było absolutnie doskonałe, przygrywali nam i śpiewali gardłowo koledzy z Tuwy grając na tradycyjnych instrumentach. Sushi było w każdym razie fantastyczne.

 Seul

Po zakończeniu WTAF zostałem 4 dni w Seulu. Podczas turnieju spotkałem dawnego rywala i kolegę z zawodów w Jianzhy, Chiny w 2010 roku. Był to przypadek, pan Chan przyjechał tylko na chwilę zobaczyć festiwal. Zamieniliśmy kilka słów. Słysząc, że interesuję się kulturą łuczniczą Korei i planuję dłuższy pobyt, zaprosił mnie do swojego klubu. Potem okazało się że zabrał mnie do dwóch klubów, na obiad oraz na koreańskie wesele. Ale o tym kiedy indziej. Tu opowiem o tym pobieżnie, jeśli kogoś to interesuje to chętnie opowiem przy okazji.

Odwiedziłem dwa muzea. Pod względem łuczniczym podobało mi się w War Memorial – muzeyum wojskowym skupionym na militarnej stronie historii.

Dzięki absolutnie niebywałej gościnności, serdeczności i wsparciu pana Eric Chana z Instytutu Badań Koreańskiej Kultury Łuczniczej odwiedziłem dwa kluby łucznicze w Seulu. Pokazano mi tam, jak napinać koreański łuk kompozytowy, jak z niego strzelać, spędziłem 12 godzin wśród łuczników z Korei. Całość materiału video i szczegółowa opowieść o tym, jak żyją łucznicy w Korei oraz prezentacja napinania łuku znajdzie się w filmie. Dość powiedzieć jedno: nie mogłem marzyć o niczym więcej i był to jeden z najpiękniejszych dni w moim łuczniczym życiu. Na zakończenie zabrał mnie na festiwal kultury koreańskiej, gdzie razem z innymi łucznikami wziąłem udział w pokazowym turnieju dla odwiedzających.

Na zdjęciu: pan Eric Chan podczas festynu dla turystów w tradycyjnym stroju i na niezbyt tradycyjnym koniu 🙂

Klub łuczniczy w Korei

Koreański klub łuczniczy jest zwykle ufundowany i wspierany przez miasto. Każdy klub w Korei ma 3 cele i po 7 stanowisk do każdego celu. Łucznicy strzelają po kolei. Obowiązuje etykieta: przed rozpoczęciem strzelania należy wypowiedzieć formułę która po Polsku znaczy: „uczę się łuku”. Po zakończeniu serii łucznicy kłaniają się. Łucznicy ustawiają się po kolei, po lewej najstarszy, po prawej – najmłodszy. Strzelają od najstarszego do najmłodszego. Trafienie w cel tępą strzałą na 145 jest trudne, a ze względu na odległość nie zawsze widoczne gołym okiem, dlatego albo słyszymy trafienie (cel ma wbudowany mikrofon a w klubie jest głośnik, słyszymy głośne łup ! ) albo widzimy (zapala się czerwona lampka).

Kluby mogą być na terenie płaskim, pod górę i z góry. Odległość do celu to zawsze 145m.

W każdym klubie w którym strzela się z łuków naturalnych, kompozytowych jest jeden człowiek (mistrz), który napina łuki. Łuki przechowuje się w specjalnej szafie, w której panuje odpowiednia temperatura i wilgotność. Aby strzelić ze swojego łuku, wystarczy wykonać telefon i mistrz wykona cały proces napinania łuku za Was.

Członkostwo w typowym klubie kosztuje od 100 do 150 zł. W klubie jest do dyspozycji kawa, herbata (plastikowe, jednorazowe kubki). W klubie jest pokój z szafkami (na łuki, ubrania) oraz pokój do napinania łuków (warsztat). Czasem jest to jeden i ten sam pokój. Zwykle na ścianach wiszą kolekcje strzał, na półkach stoją trofea i zdjęcia (mistrzów? Prezesów? Członków?).

 Film

Materiały nagrane przeze mnie wkrótce przybiorą postać filmu, ale proszę uzbroić się w cierpliwość. Jest tego bardzo dużo i wymaga to ogromnej pracy (ponad 300 ujęć). Obiecałem kolegom ze świata, że będzie to film po angielsku. Dla tych, którzy nie znają tego języka przygotujemy napisy w języku polskim.

Podziękowania

 Pragnę podziękować za wyjazd wszystkim osobom wspierającym łucznictwo tradycyjne i wierzącym w to, że dzięki wspólnym działaniom możemy stworzyć bardziej przyjazny dla łuczników świat.

Szczególnie dziękuję przyjaciołom z PSŁT którzy kosztem swojego prywatnego życia rozwijają łucznictwo tradycyjne w Polsce. Tych osób jest bardzo niewiele – można je policzyć na palcach dwóch rąk. Mam nadzieję że takie wyjazdy pokazują że warto się angażować w sprawy Stowarzyszenia i że dzięki tym wysiłkom osób zaangażowanych będzie coraz więcej.

Pozdrawiam

Piotr Gonet